poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Gorzki sukces "Batmana vs. Superman"

Film na siebie zarobił, ale nie zachwycił krytyków



Pojedynek między dwoma, mocno osadzonymi w popkulturowym świecie postaciami jest wydarzeniem sezonu. Pierwsze recenzyjne przecieki sugerują klapę i zarzucają Zackowi Snyderowi, że nie udźwignął historii o bohaterach uniwersum DC. Biorąc pod uwagę reżyserski dorobek Amerykanina, ciężko oskarżyć Snydera o nieznajomość tematyki komiksowej. Obok „300” (2006), jego najlepszą wizytówką w tej tematyce jest film „Watchmen. Strażnicy” (2009), przez wielu uważany za najlepszy obraz o superbohaterach ostatnich lat.

„Batman vs. Superman: Świt sprawiedliwości” posiada wszystkie cechy typowego blockbustera. Mamy tu wysoki, opiewający na 250 milionów dolarów budżet, marketing, który z każdej strony ogłasza nadejście filmu, zamaskowanych bohaterów i oprócz głównych postaci – również doświadczonych aktorów, którzy epizodycznie wypełniają drugi plan (Holly Hunter, Jeremy Irons).
I choć od momentu premiery film zarobił na siebie już dwukrotnie, krytycy i wielbiciele komiksów nie padają przed produkcją Warner Bros. na kolana, a jedyne, co dają jej w zamian, to tęgie lanie.
via
Przyzwyczajeni do marvelowskich produkcji, które w ostatnich latach zdominowały kino, niektórym widzom może być ciężko odnaleźć się w mrocznym i statycznym dziele Snydera. Zamiast dowcipów słychać filozoficzne dysputy, akcję zastępują wewnętrzne rozterki bohaterów, a Clark Kent (Henry Cavill) i Bruce Wayne (Ben Affleck) przez większość czasu toczą psychologiczny pojedynek na charaktery aniżeli na pięści. Brak intensywnej akcji obnaża fabularne dziury w scenariuszu. Niektóre fragmenty wywołują na twarzy pobłażliwy uśmiech, niektóre pozostawiają po sobie gorzki posmak. Jednak filmy o superbohaterach rządzą się własną logiką, więc i w tej produkcji można przymknąć na nie oko.

Mimo pewnych nieścisłości, podstawy konfliktu między postaciami są zbudowane z całkiem solidnych cegiełek.
Każda ze stron ma konkretne powody, by w imię sprawiedliwości zwalczyć przeciwnika. Bruce nie może wybaczyć Supermanowi masakry, którą ten zaserwował mieszkańcom Metropolis podczas walki z Zodem („Człowiek ze stali”, 2013), a ubrany w czerwoną pelerynę ostatni potomek Kryptonu traktuje Batmana z sąsiedniego Gotham jak wyjętego spod prawa rzezimieszka. Oliwy do ognia dolewa szalony Lex Luthor (Jesse Eisenberg), który swoimi intrygami chce doprowadzić do starcia tytanów. Walka, której nie da się uniknąć będzie mieć olbrzymie konsekwencje, nie tylko dla wyżej wymienionych, ale też dla całej społeczności, która w bohaterach widzi nadludzi.
Powiewem świeżości, który na kilka chwil rozładuje przesączoną testosteronem atmosferę, jest Wonder Woman. I nie tylko dlatego, że wcielająca się w tę rolę Gal Gadot na każdym ujęciu wygląda zjawiskowo. Pewna siebie Amazonka, której nadejście ogłaszają doskonałe werble Hansa Zimmera, stanowi przeciwwagę dla utrudzonego, męskiego świata i staje się jego najjaśniejszym punktem.




Pod kątem technicznym filmowa realizacja nie zawodzi. Zdjęcia Larry’ego Fonga („Watchmen. Strażnicy”), od czasu do czasu pokazane jako efektowne slow-motion, zapierają dech w piersiach, a w połączeniu z montażem Davida Brennera („2012”) dają sprawnie działający produkt.

„Batman vs. Superman: Świt sprawiedliwości” będzie stanowić zaskoczenie dla wszystkich, którzy chcą dać się oszołomić wyładowanemu akcją widowisku. Można jednak pokusić się o stwierdzenie, że DC Comics, który nie ma wielkiego szczęścia do ekranizacji własnych komiksów („Superman” z 2006 roku i „Green Lantern” z 2011) próbuje znaleźć własny styl, który wyróżni go na tle rozdającego karty Marvela.
Czy kierunek, który obrał Snyder jest tym właściwym? O tym zdecyduje publiczność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz