poniedziałek, 12 września 2016

"Bridget Jones 3", to jak powrót dawnej znajomej

Bridget Jones wróciła. Nieco starsza, nieco szczuplejsza, jednak nadal pełna osobistego uroku i humorystycznej iskry.



„Wal się!” woła Bridget Jones do odtwarzacza, z którego leci dobrze wszystkim znany kawałek „All By Myself”. Kolejne urodziny, kolejny rok i kolejny samotny wieczór. To samo przyciasne mieszkanie i garderoba, która od ponad dekady nie przeszła żadnej rewolucji . Jedynie tradycyjny pamiętnik ustąpił miejsca nowoczesnemu tabletowi. Zajęci rodzinnymi sprawami przyjaciele nie mają dla bohaterki czasu, po związku z miłością życia pozostało jedynie bolesne wspomnienie.  Bridget spogląda na świeczkę, która ozdabia urodzinowe ciasto i po raz kolejny w swoim życiu postanawia coś zmienić. Za radą szalonej i młodszej koleżanki z pracy panna Jones wyrusza na muzyczny festiwal, by „przeżyć jesień życia”. Spontaniczny wypad to tylko początek kolejnej i pełnej niefortunnych zdarzeń historii.



Bridget Jones wraca na duży ekran  taka jaką ją zapamiętaliśmy. Jest nieco starsza i nieco szczuplejsza, jednak nadal pełna osobistego uroku i humorystycznej iskry. Sympatyczna blondynka kontynuuje karierę w stacji telewizyjnej u boku sprośnego szefa, nie traci jednak talentu do pakowania się w kłopoty i stwarzania absurdalnych sytuacji. Wpadki na wizji i publiczne kompromitacje nadal są jej specjalnością,  a brak znajomości obsługi komputera i urocza nieporadność stają się przyczynkiem wielu zdarzeń, które napędzają spiralę humoru niczym rozpędzona kula śnieżna napędza lawinę.  
Ale wyżej wymienione drobnostki są jedynie zgrabnym uzupełnieniem przygód bohaterki. Główny wątek kręci się bowiem wokół miłosnego trójkąta, w który wpada 42-latka. Niespodziewana ciąża jest efektem pijackiej zabawy i chwili uniesienia jakiej poddaje się Bridget na muzycznym festiwalu i rodzinnym przyjęciu. Po Danielu Cleaverze nie ma już śladu, ale na horyzoncie pojawia się inny adorator, prosto z importu.
Walkę o względy Bridget i ewentualne ojcostwo rozpoczyna  Jack Qwant (Patrick Dempsey), amerykański ideał i twórca portalu randkowego. Po drugiej stronie barykady stoi nikt inny jak Mark Darcy (Colin Firth), dawna miłość i ucieleśnienie wszelkich brytyjskich cnót. Niczym w nierealnym marzeniu sennym panowie dwoją się i troją, by dogodzić przyszłej mamie, co nie ułatwia Bridget sercowego wyboru. Czy zwycięży stara miłość, czy zgodność komputerowych algorytmów? Czy owoc przypadkowej nocy okaże się dziełem tego jedynego, z którym bohaterka będzie chciała spędzić życie, czy los ponownie z niej zadrwi?




Kim jest ojciec dziecka utrzymane jest w tajemnicy do ostatnich sekund filmu. Ta niejednoznaczna sytuacja daje się we znaki wszystkim bohaterom, łącznie z dr Rawlings, która opiekuje się ciążą Bridget. Konieczność udawania przed każdym z panów, że to właśnie oni są tatusiami, to prawdziwy popis komediowego talentu i aktorstwa Emmy Thompson (również współautorki scenariusza), która nikomu nie skąpi w filmie soczystych i pełnych ironii uszczypliwości.
Zresztą to właśnie lekki i odpowiednio wyważony humor jest największą zaletą filmu. Sharon Maguire, która wyreżyserowała „Dziennik Bridget Jones” ponownie udowadnia, że widza nie trzeba zmuszać do śmiechu gastrycznymi gagami, czy slapstickowymi sytuacjami. Maguire przypomina, że najlepszy dowcip to ten, który wynika z subtelności spojrzenia czy gestu. Znajdziemy to w zatroskanym spojrzeniu matki Bridget, którą przeraża myśl, że jej córka mogła mieć trójkąt, czy w zawstydzonym do granic możliwości Marku Darcym, przed którym wdzięczne za wygraną sprawę klientki obnażą piersi.



Reżyserka bezbłędnie wyciąga z aktorów to, za co widzowie pokochali pierwszą część, dzięki czemu można odnieść wrażenie, że od premiery „Dziennika” minęły chwile, a nie 15 lat.
Po Renee Zelweger, której tym razem darowano drastyczną zmianę wagi, nie widać przymusowych lekcji  brytyjskiego akcentu, ani ponownej nauki sposobu mówienia Bridget, który zresztą stworzyła sama aktorka.
Colin Firth, mimo wielu znaczących i nagradzanych kreacji (m.in. Oscar za „Jak zostać królem”), w roli poczciwego, choć nieco skostniałego Darcy’ego ponownie roztapia kobiece serca i wzbudza pożądanie. A Patrick Dempsey, którego kariera wisiała na włosku po wyrzuceniu „Chirurgów” za romans na planie, z lekkością wnosi do filmu powiew świeżości i bezpretensjonalnego uroku.



„Bridget Jones 3” serwuje rozrywkę nieco naiwną, ale niezwykle ciepłą i jednocześnie krzepiącą. Drobne naiwności, które gdzie indziej mogłyby razić (multimilioner o światowej sławie samotnie spędza noc na glamrockowym festiwalu?), w świecie Bridget Jones nie stanowią problemu.

Oglądać nowe perypetie Brytyjki, to jak ugościć na domowej kanapie dawno niewidzianą przyjaciółkę. Taką, która zdumiewa talentem do podejmowania nierozsądnych decyzji, ale również taką, przy której niczym nie skrępowani możemy się odprężyć i w dobrej atmosferze spędzić wieczór.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz