niedziela, 19 marca 2017

King Kong wraca w ogniu chwały i napalmu

Film nie zaskakuje, ale również nie wywołuje skrętu kiszek


Historia o olbrzymiej małpie rozgrzewa widzów od 1933 roku. Na przestrzeni ponad ośmiu dekad fabryka snów dała nam kilka nowych odsłon "King Konga", w tym pamiętne dzieło z 1976 roku, który był jednocześnie pierwszym dużym debiutem Jessici Lange.

Muszę przyznać, że opowieść o królu dżungli nigdy nie wywoływała we mnie pozytywnych emocji - zawsze zbytnio angażowałam się w historię zwierzęcia, który cierpi przez ludzką głupotę. Takich emocji nie brakuje również w najnowszym filmie Jordana Vogta-Robertsa. Ale zanim skreślicie "Wyspę czaszki" jeszcze przed obejrzeniem, spieszę uspokoić wasze serduszka: Kong jest w formie i daje popalić ludzkim intruzom.


Jak widać, Warner Bros. może zrobić dobry film o ile swoich paluchów nie maczał w nim Snyder. Portret psychologiczny bohaterów prosi o pomstę do nieba, ale dialogowe braki wypełniają bajeczne ujęcia Larry'ego Fonga ("Iluzja", "Batman vs. Superman") i doskonale dopracowane tempo filmu.
Zapomnijcie o filozoficznych dysputach, między walką o życie a odkrywaniem tajemnic wyspy zwyczajnie nie ma na nie czasu.

Tak jak "Jurassic Park" uważam za najbardziej przereklamowany i niepotrzebny reboot, tak w przypadku "Wyspy czaszki" pozytywnie się zaskoczyłam. Nie jest to film, który pozostaje na długo w pamięci, ale może stanowić sympatyczne wieczorowo-popcornowe  czasoumilenie.

I choć mamy marzec, w trakcie seansu poczułam się jak podczas premiery letnich blockbusterów. Scena po napisach zdradza nadzieję na kontynuację. Doczekamy się jej, o ile tabelki finansowe zaspokoją wymagania szefów wytwórni.

Pamiętajcie żeby zostawić suba na kanale.
Kissy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz