poniedziałek, 10 kwietnia 2017

NIE WSZYSTKIE GRZECHY „GHOST IN THE SHELL”

Film Ruperta Sandersa zebrał solidne manto od publiczności.
Czy faktycznie uzasadnione?




Obok niekończącej się sagi Marvela, wszelkiego rodzaju remaków, rebootów i innych „ótów” kino popcornowe coraz chętniej sięga po gotowe scenariusze. Disney sprzedaje swoje słynne bajki w wersjach aktorskich, Guy Ritchie sięga po opowieść o królu Arturze, na ekrany wraca "Mumia". Luc Besson ekranizuje komiks "Valerian i miasto tysiąca planet przy okazji kradnąc nieco z gry "Mass Effect". Ridley Scott odgrzewa "Obcego". Od kinowego recyklingu może zawrócić się w głowie.

Wydawałoby się, że czerpanie ze sprawdzonego materiału jest nadzwyczaj proste i załatwia sprawę w 50%. W końcu „Przeminęło z wiatrem” z Vivien Leigh i Clarkiem Gable’em na podstawie powieści Margaret Mitchell zyskało miano ponadczasowej klasyki. „Tomb Raider” z 2001 roku, w którym wystąpiła Angelina Jolie, odciął się grubą kreską od groteskowych reliktów lat 90. i wyznaczył nową jakość w przenoszeniu na duży ekran gier komputerowych. Reżyserując „Forresta Gumpa” (1994) Robert Zemeckis nawet prześcignął powieść Winstona Grooma, którą ekranizował. Nie tak dawno Denis Villeneuve z wielokrotnie nagradzanego opowiadania Teda Chianga uczynił dwugodzinne arcydzieło („Nowy początek”, 2016). Nieźle poszło również Dougowi Limanowi, który podjął się karkołomnego wyzwania adaptacji powieści „Na skraju jutra” Hiroshiego Sakurazaki. Historia o niekończących się respawnie na polu walki odniosła tak wielki sukces, że powstanie drugiej części jest już pewniakiem.

"Na skraju jutra", reż. Doug Liman, 2014


Dla osób nieznających gatunku, słowo „anime” wywołuje lekki skręt kiszek. W pierwszym skojarzeniu przywodzi on na myśl nienaturalnie wielkie oczy, trójkątne twarze i niezrozumiałe okrzyki. Popularności nie dodają te tytuły, w których fabuła kipi infantylnością, a sceny dodatkowo są okraszone dwuznacznymi podtekstami. Przez niefortunne łatki tracą tytuły, które odstają od tego schematu, jak choćby "Cowboy Bebop" czy "Lain".
To trochę tak, jakby całą branżę gier oceniać przez pryzmat filmów Uwe Bolla, najgorszego współczesnego reżysera, który uwziął się na ekranizacje pecetowych tytułów. 

W związku z powyższym widz będzie wolał obejrzeć choćby nową produkcję Pixara (od 2006 roku w stajni Disneya) aniżeli sprawdzić, co też kryje w sobie japoński gatunek. Jak zachęcić wielomilionową publiczność do zaznajomienia się z nieznanym? Tu otwiera się furtka dla wielkich studiów filmowych, które szukają nowych źródeł dochodów na coraz to nowych polach.
 
„Ghost In the Shell” na swój wysokobudżetowy aktorski film czekał od 2008 roku, kiedy to DreamWorks, studio Stevena Spielberga, wykupiło prawa do jego realizacji. Dzieło w reżyserii Mamoru Oshii (na podst. mangi Masamune Shirow) z 1995 roku, które do dziś uważane jest za jedno z największych arcydzieł kinematografii, od początku stanowiło dla Hollywoodu smakowity kąsek. Wspomnieć można tu tylko o siostrach Wachowskich, które na jego podstawie stworzyły „Matrixa” i bezwstydnie zapożyczyły charakterystyczne zielone litery ze sceny otwierającej.

Oryginalny „Ghost In the Shell” opowiada historię Major Kusanagi, która mając do dyspozycji nieograniczone środki Sekcji 9. walczy z przestępczością. Major jest postacią nietuzinkową, ciało bohaterki jest sztucznym tworem, organiczny jest jedynie mózg.
Akcja zagęszcza się, kiedy na drodze protagonistki staje niebezpieczny haker, Władca Marionetek. Animowany świat przyszłości swoim klimatem nie ustępuje ani na krok mrocznemu Los Angeles z „Łowcy androidów” Ridleya Scotta, udoskonaleni technologicznie bohaterowie mają więcej życia i charyzmy niż mesjasz Neo.

"Ghost in the Shell", 2017


Po latach przepychanek, zmian w kadrach i innych problemów, w 2014 roku na reżyserskim stołku zasiadł Rupert Sanders („Królewna Śnieżka i Łowca”). Rok później (nie bez krytycznych komentarzy) do głównej roli wybrano Scarlett Johansson.

Interpretacja wielopłaszczyznowego dzieła z kraju Kwitnącej Wiśni z kulturą zachodu stanowiła nie lada wyzwanie. „Ghost In the Shell” to nie prosta opowiastka o świecie przyszłości, cyborgach i walce dobra ze złem w rozumieniu klasycznego kina akcji. Obok drastycznych ujęć strzelanin czy bijatyk, między głównymi bohaterami toczy się filozoficzna dysputa na temat wartości ciała i duszy (tytułowego „Ducha”). Film przyciąga i uzależnia, do seansu można wrócić niejeden raz. Każda kolejna projekcja otwiera nowy worek interpretacji i detali, które umknęły przy pierwszej projekcji.  Podobne wrażenie byłoby możliwe w aktorskiej wersji, gdyby nie tyle wiernie trzymać się oryginału, co zrozumieć jego ideę. Dzieło Mamoru Oshii to efekt niespiesznego i niezwykle precyzyjnego procesu twórczego, który przypomina usypywanie buddyńskiej mandali. Film z 2017 roku przywodzi na myśl wycieczkę turysty, który znając takową jedynie z opowiadań próbuje ją zrekonstruować: rozróżnia kolory poszczególnych ziaren piasku, ale nie jest w stanie odtworzyć wzoru, w który były ułożone, ani stworzyć własnego. 

„Ghost In the Shell” Ruperta Sandersa nie odbiega pod względem technicznym od innych wysokobudżetowych dzieł, gdzie pierwsze skrzypce zagrał zielony ekran, a prawdziwymi ofiarami stały się wyczerpane od nieustannego renderowania obrazu komputery. Digitalowi artyści stworzyli imponujące widokówki miasta przyszłości. Zapierające dech w piersiach pejzaże zapłonęły na ekranie trójwymiarowymi neonami, malownicze ujęcia dopieszczono pod każdym względem. Wszystko to stało się przykrywką dla sztampy, która wkradła się już w pierwsze sekundy filmu.

"Ghost in the Shell", 2017

Czekających na słynny utwór Kenji Kawai spotkał srogi zawód. Jedna z najsłynniejszych scen w historii kina i animacji, podczas której przedstawiono budowę cyborga, w dziele Sandersa obdarta została ze swego monumentu. Zamiast hymnu wspieranego przez rząd japońskich chórzystek mamy minimalizm Clinta Mansella („Czarny łabędź”, „Moon”). Po krótkim wstępie poznajemy dr Ouelet (Juliette Binoche), która dla protagonistki jest odpowiednikiem matki, i która z miejsca odkrywa tajniki fabuły.




Aktorski „Ghost In the Shell” postawił sprawę dość jasno.
Producenci nie uwierzyli w inteligencję biednego widza, którego od kilku sezonów coraz bezwstydniej karmi się efektownymi wybuchami, mordobiciem i jednopłaszczyznową fabułą. Aby publiczność nie pogubiła się za bardzo w trakcie seansu, przedstawiono prostą historię o kobiecie i mężczyźnie, złych przedstawicielach władzy, zdradzie i zemście. Zamiast Władcy Marionetek stworzono mściciela Kuze (zawsze wspaniały Michael Pitt), którego z tajemniczości odarły zwiastuny publikowane na YT na długo przed premierą. Aby uniknąć rasowego zgrzytu i usprawiedliwić białą skórę Johansson (próżny trud), Motoko przybrała w filmie zachodnie imię. Dobrze obronił się Takeshi Kitano jako Aramaki, szef sekcji 9. Jako siwy mędrzec nie zaprezentował się jako kompan do pogawędki przy herbatce. Ale dzięki mieszance chłodnej precyzji i silnego charakteru zapadł w pamięć.

Takeshi Kitano jako Aramaki


Można natomiast ubolewać nad relacją między Major a Batou, która okrojona została z wielu subtelności jakie zawierał oryginał. Dialogi, które wnosiły do obrazu świeżość i złożyły się na sukces "Ghost in the Shell" z 1995 roku (choćby rozmowa bohaterów na łodzi) w filmie Sandersa stały się kliszową mieszanką wszystkiego, co już w kinie było. Choć w tym przypadku można póść na pewne ustępstwo. Być może z wielu znaczących kwestii zrezygnowano ponieważ w ustach żywych ludzi wydawały się zbyt groteskowe.
Pozbawiło to jednak film nie tyle osobliwego, cyberpunkowego romantyzmu, co filozoficznego iloczynu łączącego głównych bohaterów. Scarlett Johansson i Pilou Asbæk w roli Batou znaleźli nić porozumienia, szkoda jednak, że przy każdym wspólnym epizodzie szybko napinał ją Rupert Sanders.

Patetyczność, którą reżyser starał się narzucić, to nie jedyny grzech filmu.
Jednym z istotnych elementów, które stanowił podstawę japońskiego „Ghost In the Shell” była fizyczność Major. Wydatne sutki Kusanagi służyły nie rozpaleniu widowni, a podkreśleniu jej obojętności w stosunku do postrzegania/rozumienia własnego ciała. Traktowanie ciała tylko jako narzędzie stało w kontrze do tego, jak na nie reagował Batou (moment w anime, kiedy w piekuńczy sposób zakrywał nagą partnerkę płaszczem). Był to jeden z istotnych punktów w rozumieniu tego, jak funkcjonowała Kusanagi: Major-cyborg i Major-kobieta, dwie sprzeczności, które współpracowały ze sobą w jednym ciele.
Na ironię zakrawa fakt, że przy panującej sutkofobii, w"Ghost in the Shell" nie oszczędzono brutalnych obrazów i realistycznych scen zabójstw.

"Ghost in the Shell", 2017

Rupert Sanders chcąc zachować szacunek do oryginału przeniósł do filmu wiele scen z anime w skali 1:1. Słuszna i szczytna idea w efekcie okazała się kolejnym gwoździem do trumny. Czy przekalkowany rysunek, na którym nie zachował się artystyczny dialog może być lepszy od oryginału?
Monumentalne ujęcia zatopionego w deszczu Hongkongu, które w filmie Mamoru Oshii były ważnym wyznacznikiem przedstawianego świata, u Sandersa zostały sprowadzone do wizualnego wypełniacza. Ten fakt obnażył różnice między dalekim wschodem a zachodem w rozumieniu i przedstawianiu świata na płaszczyźnie kulturowej.
Tę problematykę wyjaśnił Nerdwriter1 w klipie „Ghost in the Shell: Identity In Space”. Youtuber wypunktował różnice między amerykańskim „action-to-action”, który skupia się głównie na czynach bohaterów, a przeważającym w Japonii „aspect-to-aspect”, którego celem jest przekazanie nastroju i towarzyszącym im emocjom. Biorąc pod uwagę przeskok geograficzny i różnice kulturowe nie do pogodzenia, można było uznać za pewnik fakt, że aktorski „Ghost In the Shell” będzie odbiegać os swojego pierwowzoru.

„Ghost In the Shell” budził ogromne nadzieje, głównie przez to, jak silny wpływ wywarł film Mamoru Oshii.
Warto jednak zastanowić się nad tym, czy aby przypadkiem surowe oceny w stosunku do dzieła Sandersa nie zostały podyktowane wygórowanymi oczekiwaniami tej części publiczności, która dorastała z anime.
Film został przygotowany z rozmachem i ogromną dbałością o szczegóły, ekipie nie można było odmówić zaangażowania w projekt. Wydaje się również, że problem whitewashingu, który nagle wypłynął, w Japonii został niezauważony. O dziwo, to właśnie rola Takeshiego Kitano, a nie Scarlett Johansson wzbudziła największe kontrowersje (m.in. zarzucano mu, że niewyraźnie mów po japońsku). W kraju Kwitnącej Wiśni film został  niezwykle ciepło przyjęty. Youtuber Yuta w jednym ze swoich klipów powiedział, że wszystko zależy od punktu widzenia. Japońską telewizję i kina wypełniają rodzime produkcje. Będąc zaznajomionym jedynie z zachodnimi produkcjami, można tego nie zauważyć.
Czy na przestrzeni lat aktorski "Ghost in the Shell" zdobędzie jeszcze uznanie szerszej publiczności, czy może zniknie w fali blockbusterów "jak łzy w deszczu"?
Czas pokaże.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz