poniedziałek, 8 maja 2017

Piguła: "COŚ", ponadczasowa klasyka

Grupa naukowców stawia opór obrzydliwemu pasożytowi.
Nie, nie chodzi o walkę z ZUS-em.





"Coś" z 1982 roku, to obok "Obcego" (1979) prekursor gatunku horror sci-fi. Jednak w przeciwieństwie do ósmego pasażera Nostromo, odniósł spektakularną klapę.
Animatroniczne zabawki, które wówczas uważane były za szczyt techniki, dziś na ekranie mogą wywoływać uśmiech politowania. Nie można jednak odmówić filmowi Johna Carpentera złowrogiego klimatu, który dodatkowo potęgowany jest przez muzyczny motyw autorstwa Ennio Morricone.

Film o grupie badaczy, którzy na lodowym pustkowiu niespodziewanie muszą rywalizować z obcą istotą o przetrwanie doczekał się w 2011 roku prequela. W głównej roli wystąpiła Mary Elizabeth Winstead ("Cloverfield Lane 10") i Joel Edgerton ("Exodus: Bogowie i królowie"). Mimo wielkiej dbałości o detale i wierności z oryginałem, nowy "Coś" również nie zyskał aprobaty krytyków i publiczności.

Mimo finansowej porażki, która dotknęła "Coś" zaraz po premierze, na przestrzeni lat film Carpentera zyskał popularność i status kultowego, m.in. dzięki wydawnictwu Dark Horse, które w 1991 roku wypuściło kilkuczęściowy komiks. Na podstawie filmu w 2002 roku powstała całkiem niezła gra o tym samym tytule. Za produkcję odpowiadało nieistniejące już brytyjskie studio Computer Artworks.


Po 35 latach film nie stracił swojego uroku i atmosfery grozy. Obsada aktorska z minimalistycznego scenariusza wyciągnęła wszystko, co najlepsze, czyniąc ze swoich bohaterów pełnokrwiste postacie (czego we współczesnym kinie rozrywkowym często brakuje). Do głównej roli John Carpenter zaangażował Kurta Russella, z którym współpracował już przy okazji "Ucieczki z Nowego Jorku" (w sumie reżyser i aktor pracowali wspólnie nad pięcioma projektami). Na drugim planie nie mniej ważna była postać Childsa, w którą wcielił się Keith David
(DużyTim z "Requiem dla snu" i Anderson z "Mass Effect" 2 i 3).


Wykorzystana w filmie animatronika, choć dziś może bawić, stała się jego znakiem rozpoznawczym, który idealnie wpasował się w ówczesną stylistykę. W starciu z CGI z prequela śmiało można przyznać punkt oryginałowi.
Warto wiedzieć, że za wspomniane efekty specjalne odpowiedzialny był wówczas dwudziestotrzyletni Rob Bottin.



Uważany dziś za ważne dzieło gatunkowe, "Coś"uchylił furtkę dla późniejszych, podobnych produkcji.
Jeżeli więc lubicie filmy z dreszczykiem i nie przeszkadzają wam pajęcze odnóża wyrastające z fragmentów ludzkiego ciała, "Coś" będzie idealny na wieczorny seans.




Oczywiście "Obcy" i "Coś" nie były pierwszymi produkcjami, które poruszały tematykę konfrontacji z pasożytniczym organizmem.
Niezapomniany Tarkin z "Gwiezdnych Wojen" i Saruman z "Władcy pierścieni", czyli Peter Cushing i Christopher Lee wystąpili w "Pociągu grozy" z 1972 roku.
Wcześniej, bo w 1956 roku odbyła się premiera "Inwazji porywaczy ciał" w reżyserii Dona Siegela. Tego samego, który dał światu "Brudnego Harry'ego" i "Ucieczkę z Alcatraz".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz