poniedziałek, 22 maja 2017

"The Circle. Krąg". Przestroga na niby

"The Circle. Krąg" ma być przestrogą przed zbytnim kupczeniem własną prywatnością. W erze Snapchata, InstaStory i transmisji live na Facebooku wydaje się, że film stracił na ważności zanim jeszcze wszedł do kin.



The Circle jest wszystkim, o czym marzą yuppie XXI wieku. Ogrodzona murem firma posiada własną linię autobusową, klub nocny i zajęcia relaksacyjne w samym sercu biurowego terenu. Szefowie zaspokajają wszystkie potrzeby swoich pracowników, łącznie z poczuciem bezpieczeństwa i opieką nad rodziną pracownika. Młodzi bez wahania odwdzięczają się firmie oddając jej swój czas, zdrowie i prywatność. Biorąc jednak pod uwagę jakim dobrem otacza ich The Circle, to poświęcenie wydaje się być mało znaczącą niedogodnością.

W kontrze do korporacyjnej utopii stoi szare i klaustrofobiczne biuro, w którym pracuje Mae Holland (Emma Watson). W miejscu, w którym codzienną rutynę urozmaicają jedynie pracownicze urodziny, każda zmarnowana minuta zdaje się rozciągać na lata świetlne.
Dla głównej bohaterki, która zmaga się z rodzinnym dramatem w postaci choroby ojca i brakiem pieniędzy na leczenie, praca w najpotężniejszej korporacji świata jest jak spełnienie marzeń. Cudownym zrządzeniem losu energiczna przyjaciółka załatwia jej rozmowę rekrutacyjną w The Circle i Mae wkrótce zmienia ogrodzone dyktą biurko na przyjazny open space. Nieco introwertyczna bohaterka zdobywa uznanie szefów oraz sympatię pracowników. Zaślepiona możliwościami The Circle zatraca się w obowiązkach próbując nadgonić firmowe tabelki.

Mae martwi się, czy osiągnęła zadowalającą pozycję w rankingu biurowej popularności


Wydana w 2013 roku powieść Dave'a Eggersa porównywana jest do orwellowskiego "1984". Różnica między tymi dwiema pozycjami jest taka, że powieść George'a Orwella z 1949 roku do tej pory stanowi wizjonerską antyutopię, wyprzedzającą swoje czasy. "Krąg" Eggersa bardziej czerpie z aktualnych zdarzeń i płynie na fali rosnącej popularności social mediów. U pisarza prywatność jest przestępstwem, a słowo korporacji znaczy więcej niż przykazania polityków. O ile to pierwsze jeszcze (na szczęście) nie funkcjonuje, tak rosnący wpływ wielkich marek na konsumentów nikogo raczej nie dziwi.
Filmowy "The Circle. Krąg" w reżyserii Jamesa Ponsoldta ma być przestrogą przed zbytnim kupczeniem własną prywatnością. Złowroga wróżba mogłaby mrozić krew w żyłach, gdyby powstała przed erą boomu internetowego. Dziś, w świecie Snapchata, InstaStory i transmisji live na Facebooku nie budzi takich emocji jak chcieliby jego twórcy. Nie oferuje również niczego ponad to, czego wielbiciele teorii spiskowych już nam powiedzieli: korporacje dążą do władzy absolutnej i sterują nami niczym idącymi na rzeź owieczkami.
Kiedy uświadomimy sobie, że Apple od 2011 roku buduje supernowoczesną i samowystarczalną siedzibę (kształtem przypominającą olbrzymi krąg), pryska również ten element zaskoczenia.

 
Firmowy raj, jakiego nie znajdziecie nawet w Wilanowie


Brak świeżości sprawia, że widz, zamiast dreszczyku emocji, ma ciągłe wrażenie déjà vu. Błyskawiczne montażowe przejścia i powierzchowne rozmowy nie pozwalają zajrzeć za kulisy historii, ani utożsamić się z bohaterami. Argumentacja poruszanych problemów wisi na delikatnych niciach scenariuszowego absurdu.
Przyzwoita Emma Watson ustępuje miejsca ekranowej charyzmie Karen Gillian. Rudowłosa aktorka, tym razem pozbawiona ciężkiej charakteryzacji ze „Strażników Galaktyki” (Nebula), pozwala sobie na odrobinę groteski. Jej aktorska szarża, wymieszana z twardym, szkockim akcentem wyróżnia się na tle pozostałych ekranowym bohaterów. Tomowi Hanksowi bliżej jest do poczciwego Roberta Langdona aniżeli do skrywającego tajemnice Baileya, właściciela firmy. John Boyega, którego czas antenowy okrutnie tutaj skrócono, będzie musiał się jeszcze natrudzić, aby wyrwać aktorską karierę z monopolu „Gwiezdnych wojen”.
I tylko ogromna szkoda epizodycznej roli Billa Paxtona, dla którego produkcja Jamesa Ponsoldta okazała się ostatnią w karierze.

Profesor Langdon



W „Kręgu” nie udaje się postawić wyraźnej granicy między „diabelską korporacją”, a manipulowanymi pracownikami. Na dialogowe klisze, które wypełniają film można przymknąć oko, najbardziej przeszkadza brak wyraźnego antagonisty. Film pozbawiony punktu zaczepienia zawodzi finalnymi decyzjami. Między wierszami i zapewne nieświadomie, reżyser serwuje widzowi inną prawdę niż ta, która przyświecała filmowi od samego początku.

„The Circle. Krąg” chce zaszczepić w odbiorcy idylliczną wizję świata, w którym wszystkie problemy można załatwić jednym pomysłem, a obserwowani przez kamery obywatele nie będą popełniać przestępstw. Na ten moment social mediowi potentaci (np. Facebook) nie potrafią poradzić sobie z coraz większą plagą przestępstw, które użytkownicy ochoczo transmitują na swoich kanałach.
Wbrew zamierzeniom twórców, z filmu można wywnioskować, że wadliwy jest nie korporacyjny system, czy obmyślane w trakcie piątkowych mitingów nowe produkty. Niezależnie od doskonałości informatycznych algorytmów istnieje jeszcze czynnik ludzki, którego funkcjonowania nie sposób przewidzieć. I tu najczęściej okazuje się, że ciekawość i pogoń za rozrywką wygrywa ze zdrowym rozsądkiem.

„The Circle. Krąg”, choć prezentuje wizję śmiałą, to jednak krótkowzroczną. Jak to bywa w przypadku pomysłów wybiegających w niedaleką przyszłość, ich życie trwa niekiedy krócej niż żywotność baterii telefonu. To sprawia, że film ogląda się jak przeterminowaną wersję rzeczywistości, a nie ostrzeżenie.

Karen Gillian jako typowy, przepracowany pracownik korpo. Sfrustrowana, niewyspana, ale bogata



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz