niedziela, 25 czerwca 2017

"Król Artur: Legenda miecza" to jeden z najlepszych popcornowych filmów roku

Guy Ritchie zręcznie lawiruje między światem fantasy a klimatem rodem z brytyjskich przedmieść 





Guy Ritchie nie ma ostatmio szczęścia do wypełniania finansowych tabelek Warner Bros. Obie części "Sherlocka Holmesa" z 2009 i 2011 roku były kasowymi sukcesami, ale w świecie kinowych blockbusterow znaczą one już tyle, co zeszłotygodniowe hity internetu. "Kryptonim U.N.C.L.E" z 2015 roku, mimo pozytywnych recenzji, nie zarobił na siebie tyle, by zadowolić wytwórnię.
Zrealizowany za 175 milionów "Król Artur: Legenda miecza" do tej pory zebrał 137 miliony (W USA marne 38 milionów, na świecie 96). Jako, że nasz kraj był jednym z ostatnich, do których film wszedł, to nie licząc kosztów marketingowych najprawdopodobniej tylko pogłębi dziurę finansową.

Czy finanse ułożyłyby się inaczej, gdyby wytwórnia nie przesunęła na późniejszy termin premiery? Początkowo "Król" miał wkroczyć do kin w marcu, który uchodzi za bezpieczniejszy miesiąc dla wysokobudżetowych propozycji. Ze względu na mniejszą konkurencję wytwórnia wypuszcza wtedy filmy, które zdają się mieć marne szanse na osiągnięcie takich wyników jak komercyjne pewniaki w czerwcu i lipcu. Jednak Warner Bros., znany ze swoich zawsze "celnych" i "słusznych" decyzji podjął ryzyko, o którym już teraz wiadomo, że odbił się czkawką.
Do cegiełki nieszczęścia przyczynił się również 27% wynik na Rotten Tomatoes. Co ciekawe, nowa część "Piratów z Karaibów", która w światowym box officie ma na koncie już 600 milionów, na zgniłkach zebrała ledwie 29% atrakcyjności. Z kolei "Obcy: Przymierze", który nie przypadł do gustu wielu widzom uzyskał całkiem niezłą średnią 71%.
Tych widzów, którzy procentowe cyferki traktują jak wyznacznik jakości, niska średnia nie zachęciła do obejrzenia filmu. Choć, trzeba o tym wspomnieć, na serwisie imdb.com film Guya Ritchiego utrzymał przyzwoitą ocenę 7,3.

"Król Artur: Legenda miecza" padł ofiarą toczącego Hollywood raka w postaci ciągłego odświeżania tych samych tematów. "Szybcy i wściekli", nowy "Obcy" i nadciągająca fala kolejnych "Transformersów". Odgrzewane kotlety, rebooty, remaki, dostrzegalny zastój kreatywności odbił się na filmie, który już na samym wstępie prezentował się jako określony gatunkowo (a średniowieczne fantasy nie na każdego działa jak wabik). Mit o legendarnym królu, który gościł już na ekranach nie jeden raz mógł wydać się zwyczajnie nieatrakcyjny.

Metafora kryzysu kina hollywoodzkiego. Artur niczym zamknięte pod kluczem scenariusze gniewnie spogląda na hasające wokoło odświeżane kotlety


Z lekkim wstydem przyznaję, że i ja również nie dowierzałam w zderzenie fantastyki z kryminalno-humorystyczntm zacięciem do jakiego nas przyzwyczaił Guy Ritchie. Tymczasem reżyser kultowego "Przekrętu" i "Porachunków" nie tylko świetnie odnalazł się w świecie magii i żelaza, ale też wyznaczył nową jakość w opowiadaniu historii.

Brytyjski reżyser bawi się legendą najznamienitszego z mieszkańców Camelotu wywracając historię do góry nogami i czyniąc z niej nowe podanie. Przyszłym królem opiekuje się nie Merlin, a poczciwe dziewki z miejskiego burdelu, które z miejsca traktują pacholęcie jak swoje własne dziecko. Po kilkuminutowej sekwencji bitwy, w której przeważają ujęcia slow motion otrzymujemy prawdziwy rollercoaster zdarzeń, pędząc przez trudne dzieciństwo i okres dorastania Artura w sekwencji krótkich i dynamicznych ujęć. To zresztą jest znak charakterystyczny całego filmu i artystyczny podpis reżysera. Ritchie pozornie tylko momentami zwalnia narrację, by chwilę później pomieszać nam w głowach kilkoma opowieściami naraz. Choć od tej dynamiki może nieraz zakręcić się w głowie, to właśnie ten sposób opowieści nadaje mu charakterystycznego wyrazu. Przy całym montażowym szaleństwie reżyser nie traci spojrzenia na postać Artura. Portret bohatera naznaczonego traumatycznymi przeżyciami Ritchie buduje niezwykle wiarygodnie i wielopoziomowo. Choć kino nieraz doświadczyło już antybohaterów, którzy muszą stawić czoła własnym przeciwnościom i arcywrogom, Artur nie traci uroku zawadiaki, którego nocami dręczą koszmary. Oddany jako przyjaciel, bezlitosny dla wrogów, powoli i nie bez oporu zyskuje świadomość ciążącego na nim przeznaczenia. Zmagania bohatera z akceptacją własnego losu nie przychodzi mu łatwo.
Charlie Hunnam zresztą spisuje się ze swojego zadania na piątkę z plusem, łącząc buntowniczy charakter Artura z nonszalancją typową dla osiłka z osiedlowego trzepaka. Zresztą, kto widział „The Hooligans” (reż. Lexi Alexander, 2005), ten rozumie.

W swojej aktorskiej prezencji Hunnam nie odstaje ani na krok od Jude’a Law. Brytyjczyk, który wcześniej u Ritchie’ego wcielał się w poczciwego doktora Watsona („Sherlock Holmes”), tym razem daje popis w postaci wielobarwnego antagonisty. Vortigern nie jest bynajmniej postacią jednopłaszczyznową, dzięki charyzmatycznemu urokowi Lawa nabiera całego wachlarza emocji. Vortigenr jawi się tu jako niepozbawiony wewnętrznego bólu okrutnik, który – choć świadom jakie decyzje przychodzi mu podejmować – w dążeniu do władzy nie cofnie się przed niczym.

Król Foltest


Ale reżyser nie zapomina o bohaterach drugiego planu. Choć czasu na ich przedstawienie nie ma tu za wiele, to jest kilka charakterystycznych postaci, które nie tylko wypełniają tło, ale mają interesujące historie wzbogacające filmowy świat. Razem tworzą zgraję wywrotowców, którzy we współczesnym świecie z lekkością mogliby przywalić komuś krzesłem w głowę, by rozpocząć bójkę.

Mowa tu nie tylko o Aidanie Gillenie czy o Michaelu McElhattono, którzy sprawią, że poczujemy się jak w świecie George’a R.R. Martina. Djimon Hounsou, Neil Maskell, Freddie Cox i Tom Wu tworzą ciekawe postacie, które chcielibyśmy poznać nieco bliżej. Nawet mikro wątek z udziałem Davida Beckhama może wywołać uśmiech na twarzy.
Zasługą są niebanalne dialogi, które padają w tak naprawdę banalnych scenach. Pozbawione kliszowości urozmaicają sztampę i oklepane zdania, która napływają z dalekiego Zachodu.

Nieco przeszarżowana może wydawać się gra Astrid Bergès-Frisbey (jeżeli nie wiecie jak wymawiać nazwisko hiszpanki, bez obaw - w jednym z wywiadów powiedziała, że sama nie potrafi tego zrobić), ale za to jej postać wnosi do świata odrobinę magii i tajemnicy. Pod grubą warstwą welurowych peleryn skrywa bolesne wspomnienia.

Bardzo symbolicznie (ledwo widocznie) zobaczymy polskiego aktora Kamila Lemieszewskiego, który wciela się w Merlina.

Hipnotyzująca Astrid Bergès-Frisbey jako Mag. Trochę się jej boję, więc nie dodam żadnego komentarza


"Król Artur" w wykonaniu Ritchiego to mieszanka arturiańskich legend z opowieściami o chłopakach z przedmieść. Bohaterowie rozprawiają się ze sługusami złego Vortigerna nie tracąc przy tym łobuzerskiego zacięcia i charakterystycznego, wyspiarskiego akcentu, który na tle dzisiejszych, wygładzonych hollywoodzkich produkcji może stanowić egzotyczne urozmaicenie.

Ritchie zresztą odciąża opowieść fantasy elementami współczesności. Z łatwością znajdziemy je w połyskującym stroju głównego bohatera (Artur jako jeden z nielicznych nosi jasny ubiór, co pozwala go wyróżnić z tłumu płynących na łodzi więźniów - zwróćcie uwagę na tę sprytną kompozycję) i ubiorze zgrai buntowników, którzy mu towarzyszą. Wyróżnić można również charakterystyczne, podniesione kołnierze kurtek, które uzupełniają portrety bohaterów i dodają im charakteru.

Za kostiumy odpowiada Annie Simons, nagrodzona statuetką Emmy w 2012 roku za minimerial „Wielkie nadzieje”.

Przyszły król nosi się niczym gwiazda rocka. Słuchałabym


Rozmawiając o „Królu Arturze” nie można pominąć ścieżki dźwiękowej. Daniel Pemberton przynosi świeży powiew rytmicznych i wpadających w ucho brzmień. Istotnym elementem są tu instrumenty perkusyjne, które swoją intensywnością mogą wywołać wprawić w muzyczny trans. Dostępny legalnie choćby na Spotify półtoragodzinny soundtrack to podróż przez ostre jak na filmowe ścieżki dźwięki, przy których nie można usiedzieć spokojnie.

Co ciekawe, Guy Ritchie osiągnął coś, czego do tej pory nie udało się zrobić nikomu, kto sięgał po tytuły gamingowe. „Król Artur: Legenda miecza” swoją budową mógłby przypominać adaptację gry komputerowej. Mamy tu cały szereg możliwości, który pojawia się z typowych RPG-ach: rozwój postaci, zadania poboczne, bogaty świat i wiele innych. O pełnym rozmachu finale nie wspominając. I choć twórcy zostawili sobie furtkę do kontynuacji historii, to bezlitosne targety budżetowe mogą nigdy do niej nie dopuścić.

Ogromna szkoda, bo "Król Artur: Legenda miecza" to jeden z najlepszych popcornowych filmów tego roku.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz